Przystanek w podróży, czyli slow trip

Przypadek

Przypadkowe sytuacje, jakie przytrafiają się nam w życiu są zazwyczaj bardzo uciążliwe. Wynika to wprost z samego faktu ich przypadkowości. Nikt przecież nie lubi, gdy nagle – w najmniej odpowiednim momencie (bo ten właściwy… po prostu nie istnieje) – na jego drodze pojawia się niespodziewanie jakaś przeszkoda, awaria, czy inny defekt.

Z drugiej strony to naturalne i normalne, że na niektóre zdarzenia nie mamy wpływu i nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Inaczej musiałaby bowiem istnieć możliwość zaplanowania niezaplanowanego, czyli… przewidywania (i zmanipulowania) przyszłości.

Cóż zatem możemy??

Fala

Na szczęście nie jesteśmy całkiem bezradni.
Możemy przecież złorzeczyć. Odgrażać. Obwiniać. Krzyczeć. Tupać nogami. Rwać włosy z głowy i rzucać czymkolwiek, co wpadnie nam w ręce. Wszystko oczywiście tylko w wyobraźni, bo nie wolno okazywać złości live. Generalnie możemy skutecznie podnosić ciśnienie (sobie i innym), by potem wyżyć się – wszystko jedno na kim. Na nieposłusznym dziecku na przykład. Albo ciekawskim sąsiedzie. Głupim psie. Upierdliwym kliencie. Mozolnej staruszce. Czy nieuczciwym sprzedawcy. Karma krąży.

Możemy też dać się ponieść tej pechowej fali i z pokorą płacić kolejne rachunki wystawiane przez życie: u mechanika, blacharza, elektryka, hydraulika, ślusarza, szklarza, farmaceuty. Dla wzmocnienia tej postawy możemy też dodatkowo wznosić oczy do nieba pytając „Dlaczego ciągle mi przytrafiają się takie rzeczy??!” A nuż ktoś nam odpowie i wszystko się wyjaśni.

Albo na przekór naszym narodowym nawykom – podążając za radą modnych poradników typu: „Jak być szczęśliwym i osiągnąć swój życiowy sukces” – możemy cieszyć się i śmiać do rozpuku ze swych feralnych niepowodzeń. A wszystko to w myśl zasady, że w każdej sytuacji zyskujemy jako ludzie, a dzięki trudnościom możemy stawać się coraz mądrzejsi i lepsi.

Nie ma też żadnych przeszkód, abyśmy ubezpieczyli siebie i naszych najbliższych na wypadek wszelkich możliwych, a nieprzewidzianych zdarzeń. Na przykład ubezpieczenie na okoliczność oparcia się o przerdzewiały znak parkingowy, który akurat się łamie i upada na zaparkowanego obok lśniącego Lexusa RX. Na takiej przezorności można by pewnie nawet zarobić 🙂 To jednak mogłoby wciągnąć nas w zawiłe pułapki naszej podświadomości 🙂

Usterka bez skrajności

Opisane powyżej postawy są przekoloryzowane. Tak. I skrajne. I prawdziwe. Przecież każdy jest czasem marudą i pesymistą. Szczególnie, gdy jedno niepowodzenie przestaje być odosobnionym przypadkiem… Innym zaś razem, kiedy nasze codzienne sprawy ogólnie układają się dobrze – łatwiej jest nam przyjąć na siebie nieprzewidziane kuksańce losu. I wówczas, cokolwiek by się nie działo, mówimy jak amerykanie: „I’m fine! Thanks!”

Dobrym rozwiązaniem jest stosowanie zasady równowagi. Normalnie. Po ludzku. Bez wznoszenia się na wyżyny buddyjskich mnichów. W nieprzewidzianych sytuacjach możemy przecież pozwolić sobie na niezadowolenie, czy złość. Mamy prawo nie cieszyć się z dodatkowych wydatków, zmienionych planów i stresu. Z drugiej zaś strony powinniśmy nie popadać w tę mroczną skrajność i spróbować odnaleźć najmniejszy choćby atut. Jakiś skrawek jasnego nieba. Czasem wystarczy pomyśleć: „Mogło być gorzej”. To pozwala trochę się odprężyć i w efekcie skuteczniej poradzić sobie z awarią. A czasem może nawet przynieść niespodziewanie dużo korzyści 🙂

Ostatnio także nam przytrafiła się pewna mechaniczna usterka. I mimo, że spora część towarzyszących jej okoliczności była mocno niesprzyjająca, to jednak udało się nam trochę przy tej okazji skorzystać.

Jak? Otóż dzięki tej nieplanowanej przecież usterce przypomnieliśmy sobie, jak kiedyś podróżowaliśmy. Bez pośpiechu. Bez ciśnienia. Bez stresu. Przystając co chwilę. Żeby popatrzeć. Powąchać. Wyprostować nogi. Zapisać w pamięci mijane po drodze obrazy. Ze szczegółami. Żeby zamienić trzy słowa z kulawym psem na polnym bezdrożu. Wejść do małego, wiejskiego sklepiku z bosko pachnącymi drożdżówkami i lokalnie wędzoną kiełbasą (którą pamiętamy do dziś)! I teraz przypadkowo znowu odbyliśmy naszą powolną podróż. Nie dwie godziny, a pół dnia. Z przystankiem na puszczanie baniek. I jedzenie dzikich jabłek. Picie kawy. Karmienie wróbli. Zbieranie liści. I dzięki temu – przypomnieliśmy sobie jak to jest po prostu – BYĆ w podróży. BYĆ w drodze do celu. I chcemy tak znowu! Bo podróż JEST drogą.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *